Menu

Recenzowane

przez Jubego

Ant-Man i Osa

juby.boxoffice

PROSTO Z KINA:

Ant Man and the Wasp

Ant-Man i Osa  ★★★☆☆

tytuł oryginalny: Ant-Man and the Wasp / rok produkcji: 2018 / gatunek: superhero / dystrybutor: Disney / czas trwania: 118 minut / reżyseria: Peyton Reed / występują: Paul Rudd, Evangeline Lilly, Michael Douglas

Ant-Man Peytona Reeda w wielu aspektach nie wybijał się ponad przeciętność. Jego urok tkwił jednak w skromnej skali, super wykorzystanym nietypowym zdolnościom głównego bohatera, doskonale wyważonemu humorowi oraz przypisaniu gatunkowemu (heist movie, którego w filmach superhero jeszcze nie było). Sequel niestety nie oferuje praktycznie nic z mojej powyższej wyliczanki.

Co wciąż działa? Obsada, bohaterowie, humor. Dzięki tym elementom i dużej dawce akcji okraszonej niezłymi efektami specjalnymi, Ant-Man i Osa gwarantują niezłą rozrywką na lato. Sympatyczna obsada, na czele z Paulem Ruddem, Michaelem Peña i Michaelem Douglasem, dwoi się i troi, aby zapewnić widzowi solidną dawkę pozytywnych wrażeń. Skutecznie, bo miło spędziłem te dwie godziny w kinowym fotelu. No i to tyle.

Reszta to naprzemienne sceny tłumaczenia między bohaterami naukowego bełkotu, w którego mamy uwierzyć bo tak, oraz zwariowane sceny akcji, które dzieją się bo tak. Nic tu nie ma za grosz sensu, a owe sceny akcji nie wykorzystują potencjału drzemiącego w mocach tych postaci. Fabuła jest pretekstowa, a dzień po seansie zupełnie nie rozumiem po co ten film w ogóle powstał. Tzn. zdaję sobie sprawę, że ze względu na kasowy sukces pierwszej części, ale czy był potrzebny w tak rozbudowanym uniwersum, zabierając miejsce w ramówce innym superbohaterom? Czemu umiejscowiono go między dwoma kulminacyjnymi częściami Avengers, gdzie niezbyt pasuje?

Film nie daje rady nawet w swoim podstawowym zadaniu, czyli emocjonującym przedstawieniu wątku głównego, tj. wykonania misji uwolnienia żony Hanka Pyma - Janet van Dyne (Michelle Pfeiffer) z wymiaru kwantowego. Kojarzycie jak drużyna Cobba po przeszło godzinie zmagań i pokonywaniu przeciwności losu dokonała tytułowej Incepcji? Zawsze na koniec filmu Nolana wypuszczam z siebie powietrze, czuję niesamowitą ulgę i satysfakcję, bo w końcu im się udało. Gdy Ant-Man i Osa wykonują swoje zadania - nic. Wzruszyłem ramionami i czekałem na kolejny żart głównego bohatera. To chyba nie tak powinno działać?

Pośmiałem się, przyjemnie spędziłem czas, ale to absolutnie najbardziej zbędny i jeden z najsłabszych filmów Marvel Cinematic Universe, w którym ciężko znaleźć mi powód, aby kiedykolwiek do niego wrócić. Nie jest nim nawet scena w trakcie napisów końcowych - tak bardzo przewidywalna i również pretekstowa. 

Ostatnia sprawa. W pierwszej części tytułowy bohater utknął w wymiarze kwantowym, którego design całkiem mi zaimponował. Sequel opowiada o uwolnieniu z tego wymiaru pierwszej Osy, która utknęła tam 30 lat temu. Sądziłem, że ją zahibernowało czy coś, że lewitowała bez końca w rzeczywistość, w której wszelkie pojęcia czasu i przestrzeni nie mają żadnego znaczenia. Okazuje się, że nie. W sequelu wymiar kwantowy ma powierzchnię, tak jak Ziemia, po której można chodzić, a Michelle Pfeiffer sobie na niej żyła - bez jedzenia, bez picia, za to z idealnym mejkapem na oczach i ustach. Poważnie?!

© Recenzowane
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci