Menu

Recenzowane

przez Jubego

Pierwszy człowiek

juby.boxoffice

PROSTO Z KINA:

First Man

Pierwszy człowiek  ★★★★☆

tytuł oryginalny: First Man / rok produkcji: 2018 / gatunek: biograficzny / dystrybutor: Universal / czas trwania: 141 minut / reżyseria: Damien Chazelle / występują: Ryan Gosling, Claire Foy, Kyle Chandler

Świeżo upieczony laureat Oscara, Damien Chazelle, po raz pierwszy w swojej karierze wziął na warsztat czyjś scenariusz i historię, którą napisało życie, a nie on sam. Pierwszy człowiek, czyli historia Neila Armstronga - pierwszego astronauty na księżycu - to pozbawiona zbędnego patosu, podana na chłodno biografia, skupiająca się na człowieku, a nie na wiążącym się z nim, pamiętnym wydarzeniu.

Może zacznę od wad, a właściwie od wady, bo tylko jedna utrwaliła się w mojej pamięci. Styl obrany przez Chazelle'a jest zarówno największą zaletą, jak i problemem Pierwszego człowieka. Reżyser w ogóle się nie śpieszy, opowiada tę historię szczegółowo, powoli przez blisko dwie i pół godziny. Skupia się na głównym bohaterze, który coraz bardziej zatraca się w dążeniu do wykonania swojego zadania i przestaje okazywać ludzkie emocje, nawet w stosunku do własnych dzieci. Śledzenie takiej osoby, przez tyle czasu, nie jest łatwe. To nie jest film rozrywkowy jak Apollo 13, to w dużej mierze ponura historia. Sporo w niej bólu po stracie bliskich osób i zaniedbywania własnej rodziny, sporo samotności i łez. Pochwały dla Ryana Goslinga, który sprawdził się w tej minimalistycznej kreacji.

Pozytywne emocje pojawiają się dopiero przy hipnotyzującej sekwencji lądowania na księżycu i to właśnie podczas tej sceny zdecydowałem, że bardzo podoba mi się ten film. Jego chłód, wysoki realizm, brak przesady jaką zazwyczaj w tym gatunku serwują twórcy z Hollywood. Największa w tym zasługa doskonałej reżyserii oraz realizacji: mnimalnej liczby efektów specjalnych i fantastycznych zdjęć Linusa Sandgrena. Większość ujęć była kręcona z ręki, sekwence lotów w 90% opierają się na klaustrofobicznych ujęciach z kokpitu, a faktura obrazu posiada charakterystyczne ziarno, które doskonale pasuje do nagrań z lat 60-tych. Klimat jest niesamowity. Czułem strach towarzyszący bohaterom, czułem trzęsący się kokpit podczas startu, czułem odchłań za cienką ścianą odzielającą astronautów od kosmosu. Chazelle spisał się w tych wszystkich sekwencjach nie gorzej niż Nolan w Interstellar przed kilku laty, a może nawet osiągnał szczyt tego, co kino o podboju kosmosu może zaoferować.

Dzień po seansie nie potrafię sobie wyobrazić lepszego sposobu w jaki można było przedstawić ten wyścig z sowietami z perspektywy jednego człowieka, a muzyka z sekwencji podchodzenia do lądowania na księżycu jeszcze długo nie wyleci mi z głowy. Z seansu wychodziłem odrobinę zmęczony, ale usatysfakcjonowany. Dobry film, w sam raz na 4 gwiazdki.

© Recenzowane
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci