Menu

Recenzowane

przez Jubego

Creed: Narodziny legendy

juby.boxoffice

PRZED TELEWIZOREM:

Creed

Creed: Narodziny legendy  ★★★★☆

tytuł oryginalny: Creed / rok produkcji: 2015 / gatunek: dramat sportowy / dystrybutor: Warner Bros. (New Line) / czas trwania: 133 minuty / reżyseria: Ryan Coogler / występują: Michael B. Jordan, Sylvester Stallone, Tessa Thompson

Gdy w 2005 roku usłyszałem o realizowanej szóstej części Rocky'ego, od samego początku nie byłem przekonany do tego pomysłu. Sześćdziesięciolatek w ringu? W dodatku w serii, którą Sylvester Stallone i tak ciągnął już o przynajmniej jeden film za długo? Mimo to, dałem jej szanse i pozytywnie się zaskoczyłem (dzisiaj uważam, że to najlepszy sequel Rocky'ego). W 2015 historia się powtórzyła. Poroniony pomysł na kolejną kontynuację - tym razem o nieślubnym dziecku Apollo Creeda - uznałem za żałosne odcinanie kuponów znanej marki, którą przecież tak dobrze zamknięto przed dziewięcioma laty. Kolejny projekt, w którego w ogóle nie wierzyłem, udał się.

Przez ponad rok od zakupu filmu na Blu-ray zwlekałem z jego powtórką. Obawiałem się, że na moje pierwsze, zaskakująco dobre wrażenie, mógł mieć wpływ sentyment do głównego bohatera i bardzo pozytywny odzew krytyków na całym świecie. Wczoraj zerknąłem na swoje uwagi po seansie sprzed trzech lat i okazało się, że przy powtórce uwag tych już bym nie wymienił. To drobiazgi, nawet jeden z nich tym razem mi nie przeszkadzał. Myślę że Ryan Coogler mógł stworzyć - pod względem czysto filmowym - najlepszy film serii od czasu pierwszego Rocky'ego.

Nie widzę sensu w szerszym opisywaniu o czym Creed opowiada (ma już 3 lata, na pewno każdy to wie) i recenzowaniu go. Po prostu go podsumuję jako znakomity dramat sportowy, świetnie napisany i wyreżyserowany przez Ryana Cooglera, doskonale zagrany przez Sly'a i Michaela B. Jordana, zawierający mnóstwo serca i klimatu pierwszych Rockych, przy zachowaniu indywidualnego stylu. W przeciwieństwie do nowych Gwiezdnych wojen, Creed nie jedzie wyłącznie na nostalgii i nachalnym fan-service. Opowiada własną historię, na swój sposób, o nowych bohaterach, którzy są ludźmi, a nie dyktami. To pokrzepiające kino, znakomicie zrealizowane (montaż, praca kamery), z wpadającą w ucho muzyką, która nie tylko zawiera nowy, charakterystyczny motyw przewodni, ale też kilka zapożyczonych nut z pierwszego Rocky'ego, których pojawienie się zawsze powoduje u mnie gęsią skórkę.

Osobne dwa zdania na temat roli Sly'a. Miał do zagrania więcej niż przez ostatnie 30 lat i świetnie się spisał. Nie szarżuje, jest bardzo subtelny, a jego osamotniony Rocky wypada bardzo naturalnie i przekonująco. W scenie, w której lekarz mówi mu o chorobie, zrozumiałem skąd zachwyty nad jegą kreacją. Później utwierdziły mnie w tym sceny rozmowy z młodym Creedem w szatni oraz jego walka z chorobą. Bardzo, bardzo dobra rola, której nieuwieńczenie statuetką na gali Oscarowej w 2016 roku sprawiło, że całkowicie straciłem zainteresowanie tymi nagrodami.

Gdybym miał porównać Creeda do Rocky'ego Balboa, to jednak górą byłby szósty Rocky. Na pewno ustępuje filmowi Cooglera świeżością i realizacją. Jest jednak bardziej zwarty (czuję, że Creedowi pomogłoby kilkuminutowe odchudzenie przed finałowym starciem), bardziej emocjonujący (w końcu podsumowuje wieloletnią historię jednego z moich osobistych bohaterów, a narwany Adonis - jak dobrze napisany i zagrany by nie był - nigdy drugim Rockym nie będzie) i wygrywa realizmem walk bokserskich. Te w Creedzie też są w porządku, ale z daleka widać ich filmową choreografię (szeroko zadawane ciosy, graniczące z prekognicją bloki i uniki).

Ostatni drobiazg, czyli mój ulubiony moment w filmie. Rocky i Adonis ćwiczą do pierwszej walki. Obaj uderzają w gruszkę, aż w końcu Sly chybia i złośliwie przeszkadza cieszącemu się z wygranej koledze. Urocza, wspaniała chwila, która wygląda na improwizowaną i umieszczoną w końcowym montażu. Zawsze będę się przy niej uśmiechał. :)

73999820150915224817

Komentarze (1)

Dodaj komentarz

© Recenzowane
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci